styczeń 2015:

Od wtorku, 30 grudnia (a w niektórych sklepach od 31 grudnia, tj. od środy) można już nabyć kolejny, styczniowy  świąteczny numer "Prawdę mówiąc".

  • Jaka jest jego zawartośc - patrz tekst na główniej stronie portalu.
Aktualnie nie ma żadnych nadchodzących wydarzeń.

Gospodarka

  Prawdopodobnie już niedługo Ministerstwo Finansów zabierze się za kolejne poprawki systemu emerytalnego. Wszystko wskazuje na to, że po niedawnych zmianach kontynuowana będzie linia powolnej likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych. Nie w bezpośredni sposób, a w postaci ograniczenia środków płynących właśnie do OFE i zatrzymania ich w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Meritum obecnego pomysłu to stopniowe wycofywanie środków już 10 lat przed emeryturą, aby finalnie pieniądze dla przyszłego emeryta były wypłacane z jednego źródła. Teoretycznie pieniądze osób płacących składki powinny trafiać na indywidualne konta emerytalne i tworzyć kapitał będący podstawą naliczenia ich późniejszej emerytury. Zakład Ubezpieczeń Społecznych jest zobowiązany przekazać część naszych pieniędzy do Otwartych Funduszy Emerytalnych,  które to z kolei mają za zadanie inwestować je w wybrany przez siebie sposób. W obecnym założeniu  OFE to drugi filar (źródło) przyszłych emerytur. W praktyce, nasze składki stają się jedynie wirtualnymi zapisami, a pieniądze są natychmiast przekazywane obecnym emerytom. Nie ma korelacji pomiędzy tym, co przez lata oddajemy w postaci składek a wysokością przyszłej emerytury. W rezultacie składki ubezpieczeniowe stały się tak naprawdę para-podatkiem, a emerytury są zwykłym świadczeniem socjalnym! Co więcej, od wielu lat bieżące wpływy do ZUS są - delikatnie mówiąc - niewystarczające nawet w stosunku do realizacji bieżących zobowiązań. W czasach tworzenia systemu statystycznie na jednego emeryta w Polsce przypadało ok. siedmiu pracujących. Obecnie liczba ta wynosi niespełna trzy, a szacunki mówią o ciągłym obniżaniu się współczynnika. W rezultacie w ciągu 15-30 lat może dojść do sytuacji, w której na jednego pracującego będzie przypadał jeden emeryt. Przyczyny tego stanu rzeczy należy szukać m.in. w aktualnych trendach demograficznych. Obecnie w Polsce przeciętnie na jedną kobietę w wieku reprodukcyjnym przypada ok. 1,3 dziecka. Co więcej, Polacy coraz później wchodzą na rynek pracy (dłużej się kształcą) oraz dłużej żyją.  Nie trudno więc domyśleć się, że wcześniej czy później doprowadzi to do bankructwa systemu emerytalnego, jaki obecnie znamy. Zresztą z praktycznego punktu widzenia system ten od wielu lat jest już mocno niewydolny. Zabiegami, które tak naprawdę podtrzymują jego funkcjonowanie, są bezzwrotne dotacje z budżetu państwa. Ich sumę, tylko z ostatnich czterech lat, szacuje się na ponad 100 miliardów złotych. Dużo wątpliwości budzi także praktyczne działanie Otwartych Funduszy Emerytalnych, między innymi dlatego, że istotną częścią ich portfela inwestycyjnego stanowią obligacje Skarbu Państwa. Co to oznacza w praktyce? Część pieniędzy z naszych składek trafia za pośrednictwem ZUS-u do OFE (najczęściej dzieje się to z opóźnieniem, co powoduje konieczność płacenia przez ZUS ustawowych odsetek). Następnie OFE część środków przeznacza na zakup obligacji skarbowych, które po pewnym okresie czasu są wykupywane przez Skarb Państwa z odsetkami. Deficyt budżetowy zmusza państwo nie posiadające środków na wykup obligacji, do pośredniego przerzucenia tego obowiązku na obywateli. Krótko mówiąc, państwo pożycza pieniądze z naszych środków ulokowanych w OFE, a ich wykup finansuje z naszych podatków… Musimy spojrzeć prawdzie w oczy i pogodzić się z faktem, że przy obecnym systemie emerytalnym - bez poprawy przyrostu naturalnego, pojawienia się sensownego i długotrwałego wzrostu gospodarczego, obniżenia kosztów pracy - emerytur dla pokolenia urodzonego w latach 70-tych i następnych po prostu nie będzie… Pozorowane, kosmetyczne reformy niczego nie zmienią. Co gorsze, żadna z liczących się sił politycznych nie przedstawia sensownego rozwiązania problemu. Wprawdzie świadczenia emerytalne są zagwarantowane w Konstytucji RP, ale jak ostatnio doświadczyliśmy, wiek emerytalny może zostać jeszcze wielokrotnie zmieniony. Czy oznacza to, że aby zachować stabilność systemu czekają nas emerytury np. od 90-go roku życia? Chyba powoli wracamy do źródeł, a jedyną gwarancją godnego życia na emeryturze pozostają dzieci i własne oszczędności. fot. Interia.pl
czytaj więcej...

(5 komentarzy)

Tarnowski plac handlowy, zwany Burkiem, zostanie – wbrew oczekiwaniom sprzedających – przeniesiony na czas remontu, który ma trwać do grudnia, w inne miejsce przy ul. Łaziennnej, już teraz, a nie w lipcu. Z jednej strony handlujący tu mają żal do władz miasta, że nie poczekały z przeprowadzką do lata, kiedy ruch handlowy jest mniejszy (a więc i straty finansowe byłyby mniejsze), z drugiej boją się wyrażać publicznie opinii na ten temat, gdyż już za kilka dni będą przydzielane miejsca do handlowania w nowym miejscu przy ul. Łaziennej i nikt nie chce się narazić na gorsze potraktowanie, czytaj mniejsze obroty. Po raz kolejny okazało się, że ekipa prezydenta Ścigały nie liczy się z interesem (w tym przypadku w dosłownym znaczeniu tego słowa) obywateli i wyznacza najmniej korzystny dla handlujących termin rozpoczęcia remontu Burku. Zobaczymy, czy zakończy się on faktycznie w grudniu, czy też dojdzie do kolejnego skandalu jak w przypadku słynnego remontu remontu ulicy Krakowskiej? Poniżej film z wypowiedziami tych handlujących, którzy się nie bali się wyrazić swej opinii przed kamerą oraz film na temat kuriozalnego funkcjonowania tarnowskiego kina „Marzenie” i fikcyjnego charakteru tak zwanej karty tarnowskiej rodziny.
czytaj więcej...

(1 komentarzy)

2013-04-08 08:33

KWOTORADARY

Ostatnio w mediach przetoczył się temat bezprecedensowego zabiegu Gerarda Depardieu, który zrzekł się francuskiego obywatelstwa i poprosił o paszport Federacji Rosyjskiej. Niestety środki przekazu starają się raczej wyśmiać decyzję aktora, mniej koncentrując się na jej przyczynach. Większość Francuzów ocenia ten krok, jako farsę, niekiedy zarzucając Depardieu wprost zdradę własnej ojczyzny. Przyczyna - zapowiedzi wprowadzenia przez prezydenta Hollande’a stawki podatku dochodowego w wysokości 75% - wydają się nikogo specjalnie nie szokować. Czy mieszkańcy Unii Europejskiej są już obojętni na wprowadzanie nawet najbardziej ekstremalnych rozwiązań legislacyjnych, mających na celu zwiększenia ucisku fiskalnego? Horyzont absurdu wydaje się przesuwać z każdym rokiem coraz dalej…  Żora Depardiejew może „liczyć” w Rosji na podatek w wysokości 13% (jeśli będzie przebywał na terenie Federacji dłużej niż 183 dni), co, porównując z realiami europejskimi, jest stawką śmieszną. Jak to możliwe, że w kraju uważanym powszechnie za łamiący prawa człowieka, obciążenia fiskalne są nieporównywalnie mniejsze niż w krajach tzw. „starej demokracji”?! Czy wolność człowieka nie powinniśmy wyrażać także w aspekcie ekonomicznym, a konkretnie w fiskalnej polityce państwa? Odpowiedź na to pytanie wydaje się oczywista, jednak nie wiadomo dlaczego ta ważna kategoria jest obecnie pomijana w ocenie krajów UE. Pod tym względem przyszły rok nie zapowiada się zbyt optymistycznie także dla nas. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że rozpoczęło się desperackie poszukiwanie dodatkowych i niestandardowych wpływów do budżetu. Za niestandardowe metody z całą pewnością musimy uznać m.in. zaplanowanie zwiększenia przychodów z mandatów. Śmiesznym jest, że owa pozycja widnieje w budżecie jako „dochody zwyczajne” i opiewa na astronomiczną kwotę 1,5 mld złotych. Jest to sześciokrotny wzrost w porównaniu z rokiem 2012.  W celu realizacji tego założenia niczym grzyby po deszczu pojawiają się na polskich drogach fotoradary. Docelowo ma ich być ponad 300. Owe maszynki do robienia pieniędzy mają być skutecznie wspierane przez specjalne radiowozy, wyposażone w sprzęt do rejestracji wykroczeń. Czy kierowcy nie stają się przypadkiem najbardziej wyzyskiwaną grupą społeczną? Niestety nie szuka się istotnych ograniczeń strony wydatkowej budżetu.  Wręcz przeciwnie - wydatki mają wzrosnąć o ok. 6 mld złotych. Nie mówi się wprost o podnoszeniu podatków, jednak nowy budżet zakłada zwiększenie dochodów z podatku VAT, PIT i CIT (ten ostatni o ponad 11%!) i tradycyjny już wzrost akcyzy na papierosy. Przedsiębiorcy muszą się liczyć ze zmianą stawek opłat produktowych i opłat za korzystanie ze środowiska. Niestety zmianą na niekorzyść.  Po raz kolejny zapomina się, że zwiększanie ucisku fiskalnego na pewnym etapie powoduje zatrzymanie, a następnie paradoksalny spadek dochodów do budżetu i odwrotnie! Przykładowo Rząd Leszka Millera obniżając akcyzę na alkohol - zanotował w krótkim czasie wzrost (!) dochodów do budżetu z tytułu tego podatku (teoretyczne aspekty zjawiska wyjaśnia tzw. krzywa Laffera). W trzecim kwartale 2012 zanotowaliśmy spadek dochodu z VATu. Jeśli ten stan będzie się utrzymywał i dodatkowo pojawi się recesja, może dojść do kolejnego podniesienia podatków. Mamy wprawdzie, niewielki bo niewielki, ale jednak - wzrost gospodarczy (ok. 1.5% w III kwartale), lecz symptomy recesji już się pojawiają. Zwolnienia w sektorze bankowym czy załamanie sektora budowlanego to tylko niektóre z nich. Dodatkowo, rosnący w tym tempie dług publiczny, musi skutkować, wcześniej czy później, problemami z jego obsługą. Do czego to może prowadzić? Do dramatycznego szukania pieniędzy, czyli w pierwszym rzucie, kolejnej podwyżki podatków, a następnie wyprzedaży majątku w formie przyspieszonej prywatyzacji. W rezultacie możemy stać się państwem bez aktywów, w dodatku z wysokimi długami i podatkami. Przykłady Grecji, Portugalii, Hiszpanii i Włoch pokazują, że nie jest to już scenariusz science fiction, ale realna perspektywa. Kamil Kądzielawa
czytaj więcej...

(5 komentarzy)

Na naszym krajowym podwórku medialnym tematem numer jeden stała się walka z organizatorami Marszu Niepodległości, głoszącymi „agresywne" hasła w stylu „Bóg, Honor, Ojczyzna". Jednocześnie cichną powoli nawoływania świeżo upieczonego patrioty, który nagle przypomniał sobie o konieczności wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. Patriotyzm żarliwy, acz krótkotrwały, bo to zapewne nieograniczona odwaga cywilna skłoniła go do pospiesznej ewakuacji z Komitetu Honorowego marszu... W Europie bez większych zmian. Właśnie przetacza się kolejna fala protestów, w tym strajki generalne w Hiszpanii, Portugalii, Włoszech i standardowo już w Grecji. W Brukseli natomiast trwają negocjacje nad nowym unijnym budżetem na lata 2014-2020 i wszystko wskazuje na to, że mogą być one równie gorące jak aktualna atmosfera na Półwyspie Iberyjskim. Negocjacje wieloletniego budżetu unijnego toczą się niestety w dość nerwowej atmosferze. Stanowiska poszczególnych państw wspólnoty są miejscami skrajnie różne i biegunowo odległe od jakiegokolwiek kompromisu. Polska walczy o obiecane w kampanii wyborczej 300 mld złotych. Tym razem rzecz nie tylko w samej kwocie, ale przede wszystkim w systemie i łatwości jej otrzymania, jak również w celowości wykorzystania. Wstępne analizy wskazują na różne, nieznane wcześniej obostrzenia, które mogą ograniczyć nasz dostęp do funduszy. Na uwagę zasługuje np. wprowadzenie konieczności zapłaty przez beneficjenta podatku VAT z własnej kieszeni (aktualnie ze środków unijnych) czy ostatecznego odrzucenia projektu w przypadku negatywnej oceny na wstępnym etapie (brak możliwości zastąpienia go innym projektem przez wnioskodawcę, jak to było do tej pory). Odnośnie samych propozycji rozwiązań. Płatnicy netto, na czele z Niemcami, z jednej strony nawołują do kompromisu, z drugiej są zwolennikami radykalnego zmniejszenia budżetu. Kanclerz Merkel opowiada się za obniżeniem o ok. 100 mld EUR, prezydencja cypryjska o ok. 50 mld, przewodniczący Rady Europejskiej van Rompuy zaproponował cięcia w wysokości 75 mld (w szczegółach propozycja niekorzystna dla Polski ze względu na znaczne ograniczenie dotacji dla rolnictwa). Skrajne stanowisko przedstawił Cameron. Opowiada się on za zdecydowanym zmniejszeniem budżetu (ponad 200 mld), jednocześnie zakulisowo gwarantując, że cięcia mają dotyczyć jedynie krajów tzw. „starej 15-stki". Premier Cameron zastrzegł także, że nie zawaha się skorzystać z prawa veta w przypadku, gdy ustalenia okażą się sprzeczne z interesem Wielkiej Brytanii. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że potencjalne veto zapowiada także (ze strony Parlamentu Europejskiego) Martin Schultz („nie będzie kompromisu za wszelką cenę"). Pod koniec listopada dojdzie do unijnego szczytu, na którym w założeniu ma zostać wypracowany kompromis oraz teoretycznie zapadną kluczowe decyzje. Teoretycznie, ponieważ istnieje także plan B. Traktat lizboński, w przypadku niepowodzenia budżetowych negocjacji, przewiduje ustanowienie tzw. prowizorium budżetowego (jednoroczny budżet, stworzony na bazie zeszłorocznego, powiększony o stopę inflacji- prawdopodobnie ok. 2%). Zapis ten znacznie osłabia groźbę veta ze strony jakiegokolwiek podmiotu. Ustanowienie owego prowizorium przesunie najpewniej negocjacje budżetowe na początek przyszłego roku, kiedy prezydencję unijną obejmie Irlandia. Rozwiązanie to jest zdecydowanie mnie korzystne z punktu widzenia długoterminowych projektów. O kompromis będzie ciężko. Cięcia budżetu wydają się nieuniknione. W czasach pilnych poszukiwań oszczędności i zmniejszania budżetów krajowych, trudno wyobrazić sobie jednoczesne pozostawienie budżetu unijnego na aktualnym poziomie. Spowodowałoby to de facto konieczność płacenia proporcjonalnie większych składek przez poszczególne państwa wspólnoty. 19 listopada 2012
czytaj więcej...

(12 komentarzy)